Złudzenie istnienia 


Zakończenie

 

Nauczanie Buddy obejmowało wszelkie dziedziny ludzkiej aktywności, nie skupiało się tylko i wyłącznie na jakimś abstrakcyjnym życiu duchowym. Wszystkie rady odnosiły się do życia bez tego odniesienia, bowiem tracą sens. Nic zresztą dziwnego buddyzm nie dzieli rzeczywistości a raczej stara się pokazać pierwotną jedność wszystkich rzeczy w tym i życia.

Wszystkie nauki są bardzo proste i głębokie zarazem, a dodatkowo ich spojrzenie jest bardzo szerokie. Budda do każdego problemu podchodzi ze wszystkich możliwych stron, nie krytykuje nikogo i niczego starając się tym nauczyć tolerancji i umiejętności wczuwania się w rolę innego człowieka. Napisałem człowieka, bowiem tylko on jest w stanie słuchać nauk, ale nauki Buddy obejmują wszelkie żywe stworzenia. Zwierzęta nie zostały nam, bowiem dane w posiadanie, stanowią integralną część systemu, w którym żyjemy. Nie należy traktować ich instrumentalnie jak przedmiot do zjedzenia czy zwykłe narzędzie. One również odczuwają, a ich odczucia są o wiele mocniejsze i nie do opanowania. Zwierzęta nie potrafią rozpoznawać, analizować i walczyć z odczuciami, dlatego taki na przykład strach jest czymś potwornym takim jak ten w naszych sennych koszmarach. Każde zwierzę jest bez wątpienia świadome, każde jest przejawem przestrzeni umysłu, tego, który stwarza i nas, dlatego Budda zaleca unikanie niepotrzebnego zabijania. Jeśli człowiek już musi to zrobić to niech to będzie w duchu współczucia i wdzięczności tak jak robili to indianie, którzy przed zjedzeniem upolowanego zwierzaka dziękowali mu za poświęcenie swojego życia. Chodzi tu o nastawienie nie o jakieś sztuczne wypowiadanie podziękowań czy modlitw nie są one zresztą przeznaczone dla martwego zwierzaka, ale mają pomóc nam, samym nauczyć się szacunku dla życia.

 

We wszystkich naukach chodzi o to by człowiek nauczył się pomagać samemu sobie, by stał się prawdziwym panem swojego życia, dlatego nie ma w nich nakazów, zakazów, a jedynie wskazówki, zalecenia i porady. Budda naucza jak pozbyć się cierpienia, jak czerpać radość z życia, ale przy tym nie zmusza nikogo, bowiem wie, że jest to niemożliwe i każdy musi decydować za siebie. Budda nie każe pozbywać się majątku i doczesnych przyjemności na rzecz jakiegoś niebiańskiego życia, on uczy jak wykorzystać te wszystkie rzeczy na drodze do oświecenia przynosząc przy tym radość innym istotom.

 

Podejście Buddy do wszystkiego było czysto naukowe, nigdy nie każe wierzyć w same słowa, nawet w swoje własne:

 

"Nie wierzcie w jakiekolwiek przekazy tylko, dlatego, że przez długi czas obowiązywały w wielu krajach. Nie wierzcie w coś tylko, dlatego, że wielu ludzi od dawna to powtarza. Nie akceptujcie niczego tylko z tego powodu, że ktoś inny to powiedział, że popiera to swym autorytetem jakiś mędrzec albo kapłan, lub, że jest to napisane w jakimś świętym piśmie. Nie wierzcie w coś tylko, dlatego, że brzmi prawdopodobnie. Nie wierzcie w wizje lub wyobrażenia, które uważacie za zesłane przez Boga. Miejcie zaufanie do tego, co uznaliście za prawdziwe po długim sprawdzaniu, do tego, co przynosi powodzenie wam i innym" 

 

 

Na koniec swego życia, w którym cały czas poświęcił udzielaniu nauk powiedział:

 

"Nauczając przez czterdzieści pięć lat swego życia, żadnej ze swych nauk nie zatrzymałem dla siebie. Nie ma żadnej tajemnej nauki ani ukrytych znaczeń, wszystko wyłożyłem otwarcie i jasno. (...) Siebie uczyńcie światłem. Polegajcie na sobie: nie bądźcie zależni od nikogo innego. Moje nauki niech będą waszym światłem. Postępujcie zgodnie z nimi." 

 

Choć z buddyzmem zetknąłem się już jako nastolatek, to jednak nie zainteresował mnie on zbytnio, pamiętam, że odstręczyły mnie słowa o pustce, nieistnieniu i nierzeczywistości. Pamiętam dobrze, że w czasach, gdy w telewizji istniały tylko trzy słuszne kanały jedynym sposobem na zdobycie ciekawych informacji były książki, też zresztą deficytowe, nie można było wybrzydzać...

Zatem gdy w ręce wpadła mi książka o różnych religiach – przeczytałem ją.

Nie, żebym był wierzący, raczej przeciwnie, jak pamiętam szukałem w tej książeczce argumentów przeciwko Wielkiemu Bratu, taki mały bunt przeciwko siłom nieczystym zmuszającym mnie do uczęszczania na religię.

Tak, więc przeczytałem w książce, co nieco o buddyzmie, ale pojęcie pustki nie spodobało mi się zbytnio, przecież „Ja” chcę żyć! Najlepiej wiecznie.

Nie zrozumiałem nauk buddyjskich tak samo jak nie rozumiał ich autor książki.

Dopiero po kilku latach w czasie, których nauczyłem się tego i owego o świecie oraz przemyślałem kilka spraw zauważyłem dziwną zgodność moich koncepcji z naukami buddyjskimi. Wtedy tez jednak nie zainteresowałem się nimi zbytnio. Za bardzo chciałem pogodzić nauki o Bogu (Tym „Słusznym”) a później o Krysznie z rzeczywistością. Nie udało się, nie wiem czy niestety czy na szczęście, to może kiedyś się okaże. Zauważyłem przy tym, że na podstawie słów zawartych w pismach zwanych natchnionymi można udowodnić każde tezy, nawet sprzeczne z sobą. Przyznam, że nie małą rolę w tym odkryciu odegrała lista dyskusyjna pl.soc.religia. To było ciekawe a nawet zabawne doświadczenie, gdy podczas potyczek kilku grup różnych chrześcijańskich wyznań z ateistami pojawiali się osobnicy niezwiązani i nie zaślepieni ideami. Oni właśnie nadawali smak tej liście, potrafili zręcznie zamieszać w jednej i drugiej grupie, wywołać ostrą polemikę na temat śmiesznych tez, ale podanych w tak osobliwej formie, że nie od razu można było zrozumieć podtekst i oszustwo. To jednak się skończyło, teraz lista nie wydaje mi się już tak ciekawa.

Z Bogiem Kryszną związana jest inna historia, bo jak pamiętam bardzo podobały mi się szczegółowe nauki o duszy i reinkarnacji zawarte w Bhagawad Gicie.

Podobały się, ale do czasu, gdy dzięki medytacji zacząłem nieco jaśniej rozumować. Wtedy to zauważyłem, że piękny epos o Krysznie i Arjunie w rzeczywistości namawia do czegoś okropnego, nie dość, że nauki w nim zawarte próbują podporządkować ludzi jakiemuś bożkowi to w dodatku mogą być użyte jako pretekst do fanatycznych zachowań. Nie widać tego, gdy jest się skupionym na poszczególnych naukach, ale gdy ogarnie się całą książkę to wtedy jasnym się staje, że cała jej treść to w zasadzie nawoływanie do mordu w imię boga. Przez całą książkę, Kryszna namawia Arjunę, by ten wymordował swoich krewnych, przyjaciół i znajomych, używa przy tym wielu mydlących oczy argumentów jak nieśmiertelność duszy czy miłość do boga. Brrr... Nie polecam.

W końcu od tego wszystkiego rozbolała mnie głowa, rozbolała w przenośni a naprawdę to czułem się jakby wepchnięto mnie w ciasne ramy i kazano udawać święty obrazek.

Wtedy to spróbowałem medytacji, która miała mi dać więcej przestrzeni i wolności... Spróbowałem i o dziwo pomogło. Potem przyszło zrozumienie, radość i pewność, że to coś dla mnie.

Chciałbym by nauki buddyjskie pomagały też innym stąd ta książka, nie wiem tylko na ile udało mi się przekazać ducha tych nauk. Marny ze mnie pisarz a w dodatku istoty buddyzmu nie da się przekazać słowami, trzeba samemu tego doświadczyć. Cóż, chyba jednak lepsze to niż nic, co innego mi pozostało? Ja nie mogę wzorem Buddy podnieść w milczeniu kwiatka do góry chyba, że podaruję go później żonie.

 

Krzysztof Szczypka

03 Maj 2004 roku.

Niech wszystkie istoty będą szczęśliwe.

<< | >>

 <powrót do spisu treści  


 Buddyzm w XXI wieku